Wspomnienia Władysława Bąka




Dodał(a): Tomasz Bąk dnia 29.05.2009 r.

1 września 1939 roku był jednym z najgorszych dni w historii ludzkości. Jeden dzień miał przesądzić o życiu milionów ludzi na całym świecie. O świcie wojska niemieckie przekroczyły granice II Rzeczpospolitej bez formalnego wypowiedzenia wojny. Wojsko Polskie stawiło bohaterski opór hordom najeźdźców, jednakże opuszczeni przez sojuszników i zdradziecko zaatakowani przez wojska radzieckie musieli ulec. Żaden z przedstawicieli II Rzeczpospolitej nigdy nie podpisał oficjalnego aktu kapitulacji naszego państwa. Polacy stworzyli także największą armię podziemną okresu drugiej wojny światowej. Przez wszystkie lata nazistowskiej okupacji żołnierz Polski bohatersko bronił swojej ojczyzny. Był gotowy oddać za nią życie. Jednakże dla normalnych obywateli, którzy nie stawali zbrojnego oporu, okupacja niemiecka oznaczała okres strachu i niepewności. Życie z dnia na dzień, ciągła niepewność o życie swoje i swoich bliskich. Wegetacja, która miała trwać sześć długich lat. Udało mi się przeprowadzić wywiad z moim dziadkiem – Władysławem Bąkiem, który podzieli się swoimi wspomnieniami w niniejszym wywiadzie.

Tomasz Bąk: Dziadku, jak przebiegały ostatnie dni sierpnia 1939 roku, czy zwykli obywatele spodziewali się ataku nazistów na Polskę?

Władysław Bąk:
Można powiedzieć, że atmosfera była bardzo napięta, wszyscy zdawali sobie sprawę, że Hitler może zaatakować, ale i tak zaskoczenie wśród obywateli było ogromne.

TB: Jak w Jaworznie ludzie pierwszego września zareagowali na wiadomość, że wojska niemieckie zaatakowały II Rzeczpospolitą?

WB:
Wielu ludziom zawalił się świat. Zapanowała histeria, nie wiedzieliśmy gdzie mamy się udać, aby czuć się bezpiecznie. Ludzie brali najpotrzebniejsze rzeczy i uciekali na wschód, w stronę Kielc. Nasza rodzina uciekła tylko do Ciężkowic. Niektórzy starzy ludzie nie chcieli uciekać z domów, woleli zostać i ich pilnować. Jeszcze inni wierzyli, że wojna szybko się skończy, że z pomocą Anglików i Francuzów pokonamy Niemców.

TB: Czy pamiętasz, żeby w Jaworznie toczyły się jakieś walki? Czy jakieś oddziały Polskie przejeżdżały przez nasze miasto?

WB:
Nie, w Jaworznie nie toczyły się żadne walki. Pamiętam jedynie, że przez Jaworzno przejeżdżał oddział ułanów. Na jaworznickim niebie widać było samoloty wroga. To był okropny widok. Trzeciego września przez dzisiejszą Grunwaldzką przejeżdżały już wojska niemieckie. Dla ludzi, szczególnie starszych, był to straszny widok. Nikt się tego nie spodziewał.

TB: Czy ludzie wciąż wierzyli, że są jakieś szanse na zwycięstwo? Jak nasza rodzina odczuła nadejście nazistów?

WB:
Ludzie po prostu płakali, nie mogli się z tym pogodzić. Gdy zobaczyliśmy ogromne masy Niemców, straciliśmy nadzieję. Wszyscy byli przygnębieni, niektórzy zgubili swoich krewnych, rodzinę. Razem z mamą wróciłem z powrotem do domu. Tata wrócił później. Nie wiedzieliśmy, czego mamy się spodziewać.

TB: Jak wyglądała reakcja Polaków na atak wojsk radzieckich 17 września?

WB:
Nie dotarły do nas informacje na ten temat. Dopiero za jakiś czas żołnierze Wojska Polskiego, którzy nie dostali się do niewoli, powiedzieli nam o tym ataku, który wbił nam nóż w plecy. To było zaskoczenie.

TB: Jaki był stosunek zwykłych Wermachtowców do Polskich kobiet i dzieci? Chyba nie wszyscy byli źle nastawieni, przepełnieni „nienawiścią rasową”.

WB:
Nie wszyscy byli złymi ludźmi, niektórzy częstowali nas – małe polskie dzieci zupą - która została po posiłku dla wojska. Baliśmy się do nich podchodzić, wiadomo, w końcu to byli wrogowie. Jednak niektórzy byli bardzo przyjaźni, uśmiechali się do nas i częstowali nas tym, co mieli. Zwykła ludzka życzliwość, nie wszyscy byli potworami. To byli wermachtowcy, wielu z nich to byli ślązacy, którzy bardzo dobrze mówili po polsku.

TB: Wiemy, że Polacy szybko stworzyli konspiracje skierowaną przeciwko Niemcom. Czy pamiętasz może jakieś akcję czy działania lub represje za takie właśnie akcje.

WB:
Już w pierwszych latach zawiązywały się komórki konspiracyjne. Nie pamiętam żadnej akcji, bo większość z nich była organizowana w nocy, najczęściej w Szczakowej na kolei. Kiedy przejdziemy przez centrum Jaworzna, możemy zobaczyć tablice pamiątkowe ku czci zabitych partyzantów. Pamiętam, że jednego z nich – Janikowskiego – zabito w odwecie za jedną z akcji partyzantów. Było jednak wielu innych.

TB: Czy masz jakieś ciekawe wspomnienia z lat wojennych? Coś, co szczególnie utkwiło Ci w pamięci?

WB:
Pamiętam bombardowanie rafinerii w Trzebini. Najpierw przelatywał samolot, który zrzucał flary oświetlające cel i „sreberka” mające zakłócić działanie radarów. Następnie leciały bombowce, długi sznur. Był ogromny hałas, baliśmy się wszyscy. Po jakimś czasie usłyszeliśmy ogromny huk. Aliantom udało się trafić rafinerię. Płonęła potem przez cały tydzień, ludzie cieszyli się, bo wiadomo, wreszcie ktoś coś zniszczył Niemcom.
Przypominam sobie także, że na terenie dzisiejszego Podłęża były łąki zarośnięte trawą. Pozostałości po biedaszybach. Miejsce to nazywaliśmy: „golisuką”. Był tam strumyk, który był regulowany przez więźniów z Chrustów (teren dzisiejszego Leopoldu przyp. autora). Pracowali także przy budowie bocznicy kolejowej w kierunku budowanej wtedy Elektrowni II. Niemcy używali więźniów z fili obozu Auschwitz w Chrustach, jako taniej siły roboczej. Czasami zdarzało się mi i moim kolegom skorzystać z nieuwagi strażników i dać im coś do jedzenia. Niestety, któregoś dnia kapo, który pilnował pracujących, powiedział o tym strażnikowi. Zaczął do nas strzelać. Musieliśmy uciekać. Potem już nigdy nie zbliżaliśmy się do tego miejsca.
Najgorsza rzecz, jaką pamiętam jest pociąg z więźniami do obozu w Oświęcimiu. Stał on na bocznicy kolejowej. Razem z kolegami przechodziliśmy obok nasypu kolejowego. Słychać było okropne lamenty i jęki. Ludzie krzyczeli i płakali. Strażnicy nie pozwalali zbliżać nam się do wagonów. Chcieliśmy jakoś pomóc tym ludziom, ale jeżeli zbytnio byśmy się zbliżyli, zabili by nas. To było okropne.
Mój wujek, czyli brat mojej mamy Franciszek Wierzbicki brał udział w sabotażu na kolei. Podczas jednej z akcji wpadł pod pociąg, stracił wtedy nogę. Niestety, nigdy nawet po wojnie nie powiedział nam, swojej rodzinie w jaki sposób się to stało. W odwecie za akcje dywersyjne na kolei, władze niemieckie wydały wyrok na dwudziestu podejrzanych, głównie kolejarzy. Były to wyroki śmierci przez powieszenie. Zastraszali w ten sposób zwykłych obywateli.

TB: Czy pamiętasz, co stało się z obywatelami pochodzenia żydowskiego z terenu Jaworzna?

WB:
Pod koniec 1941 roku, przede wszystkim w 1942 zaczęły się deportacje Żydów do Auschwitz. Pozwolono im zabierać jedynie podręczny bagaż. Pilnowała ich policja żydowska. Nie mieli broni, jednak posiadali opaski. Byli odpowiedzialni za całą akcję. Wszystko powtarzano kilka razy, aż w Jaworznie nie został ani jeden Żyd.

TB: Czy wiedzieliście na początku co się z nimi stanie? Czy ktokolwiek zdawał sobie z tego sprawę?

WB:
Nie, myśleliśmy, że gdzieś ich przesiedlą albo trafią do jakiegoś obozu pracy. Nie wiedzieliśmy, że będzie to obóz zagłady. Dopiero potem zdaliśmy sobie sprawę co się tam naprawdę dzieje. Dwa razy przejeżdżałem pociągiem przez Oświęcim, razem z mamą jechałem po żywność. W czasie postoju na stacji oświęcimskiej, nie wolno nam było patrzeć przez okna, musieliśmy je zasłonić. Wtedy zaczynaliśmy się domyślać, co tak naprawdę może się tam dziać.

TB: Czy Jaworznianie zdawali sobie sprawę ze zbliżającej się klęski Niemiec? Czy dostawali jakieś informacje?

WB:
Niektórzy mieli pochowane radia w domach, więc były jakieś strzępki informacji. Wiadomo, że za posiadanie radia można było trafić do obozu, więc wszyscy się z tym kryli. U oficerów i volksdeutschów czuć było niepokój. Zaczynali się bać. Kiedy zbliżał się front, słychać było już artylerię i strzały. Cieszyliśmy się, że przyjdzie wyzwolenie.

TB: Kiedy nadeszło wyzwolenie? Jaki był stosunek Polaków do żołnierzy radzieckich?

WB:
Zwiadowcy radzieccy weszli w styczniu 1945 roku. Wojsko niemieckie broniło się w Jaworznie. Podczas walk zniszczono wieżę kościelną. Opór był na tyle silny, że Niemcy zniszczyli 5 czołgów, sami stracili 4. Polacy byli bardzo uprzejmi w stosunku do Rosjan , pozwalali im spać w domach i w komórkach. Częstowali ich jedzeniem . Był mróz, więc żołnierze byli bardzo wdzięczni. Radzieccy wojacy byli w większości uprzejmymi ludźmi. Traktowali nas przyjaźnie. Zdarzały się incydenty, niektórzy próbowali grabić naszych, ale to były wyjątki. Gorzej było, gdy weszło NKWD i komisarze polityczni. Oni byli najgorsi.

TB: Kiedy wszyscy zdali sobie sprawę, że to będzie nowa okupacja? Czy docierały do was jakieś informacje na temat Katynia albo mordowania żołnierzy AK?

WB:
O Katyniu dowiedzieliśmy się z „Kuriera Krakowskiego” już w czasie wojny. To była „gadzinówka”, ale zdawaliśmy sobie sprawę, że Niemcy w tym wypadku nie kłamią. W czasie Polski Ludowej nie wolno było o tym mówić. To był temat, którego nie wolno było poruszać. Propaganda zwalała winę na Niemców. Zdawaliśmy sobie sprawę, że coś takiego miało miejsce. Wiedzieliśmy, że to będzie nowa okupacja. Nowopowstała milicja obywatelska skutecznie „udowadniała” nam wartość władzy ludowej. Na terenie dawnej filii Auschwitz powstał obóz w którym umieszczano volksdeutscherów, Ukraińców i Akowców. Stąd wiedzieliśmy, że nowa władza nie jest przychylna tym, którzy naprawdę nas bronili. Którzy walczyli o wolną Polskę. Ludzie zdawali sobie z tego sprawę.

TB: Czy Polacy czuli żal do Wielkiej Brytanii i USA, że sprzedali nas w Jałcie? Czy ludziom podobała się nowa władza?

WB:
Ludzie czuli ogromny żal, byli wściekli, że tak się to skończyło. Nie rozumieliśmy, dlaczego zaczynaliśmy wojnę jako sojusznik Anglików i Francuzów a skończyliśmy pod okupacją sowiecką. Zresztą, to było okropne, że po 17 września Rosjanie mieli czelność traktować nas jak swoją „kolonię”. Nie mogliśmy tego pojąć. Mieliśmy nadzieję, że po wyborach w 1947 roku wszystko się zmieni. Wierzyliśmy, że wybory wygra partia demokratyczna, że wszystko wróci do normy. Jednak tak się nie stało.
Tacy bohaterowie jak nieżyjący kuzyn mojej mamy, czyli twój krewny, major lotnictwa Karol Pniak czuli ogromny żal do Anglików i ich postępowania względem Polaków, którzy polegli w Bitwie o Anglię. Na początku traktowali naszych lotników jak kogoś gorszego. Mimo tego, że nasi lotnicy bardzo pomogli im w walce z nazistami, nie okazali im wdzięczności. Karol zawsze czuł ogromny żal i niechęć do nich za to, że nie pozwolili pochować jego kolegów, którzy zginęli w walce, na brytyjskim cmentarzu. Nie było tam dla nich miejsca. Polscy bohaterowie musieli być chowani za stodołą lub gdzieś na łące. Tak nie robi się nawet z pokonanym wrogiem, nie mówiąc nawet o sojuszniku, któremu zawdzięcza się bardzo wiele. Po powrocie do Polski Karol Pniak starał się powrócić do normalnego życia, jednak przekonał się, że z komunistami nie dojdzie do porozumienia. Mimo wielu propozycji m.in. od Skalskiego, który zaproponował mu szkolenie młodych lotników w Polsce Ludowej odparł: „Nie będę szkolił czerwonych”. Jego dom często nachodzili funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa, jednak on nigdy nie poszedł na ugodę. Jego stan zdrowia pozostawiał wiele do życzenia, szczególnie po wypadku lotniczym. Po śmierci żony załamał się i umarł wkrótce po niej. Mimo propozycji wyjazdu do Kanady nigdy nie opuścił Polski.

TB: Piękna patriotyczna postawa człowieka, który kocha ojczyznę.

WB:
Warto nie zapominać o tym co było, warto zastanowić się też nad przyszłością.

TB: Dziękuję za wywiad.

WB:
To była dla mnie przyjemność, dziękuję.




 
   
© 2009 Weź historię w swoje ręce... All rights reserved.